czwartek, 25 kwietnia 2013

Dziesiąty rozdział- z dedykacją na dole ;)


Odwiedziny

     Anieze… Ach ta Anieze… Amy ledwo co się obudziła, a ona już wskoczyła jak oparzona do skrzydła szpitalnego, nie zważając na nikogo dookoła. Jej wzrok utkwił w łóżku na którym leżała przyjaciółka. Amy na się nie zdziwiła. Jej wystarczyło pół miesiąca, w którym nie leżała w szpitalu, by dobrze ją poznać. Anieze przebiegła jak tornado przez pomieszczenie i błyskawicznie usiadła obok blondynki. Ona jednak nawet nie podniosła głowy znad książki i powitała przyjaciółkę.
     -Jak się czujesz? Pamiętasz mnie? Nie masz przypadkiem amnezji? Czemu się nie odzywasz? A może nie żyjesz i tak naprawdę podmienili cię jakimś robotem czy czymś tam?!- Anieze od razu obrzuciła dziewczynę pytaniami i zaczęła trząść jej ręką nerwowo.
-SPOKÓJ!!!- Krzyknęła ślizgonka.- Spokój, spokój, spokój… Dobrze, tak, nie, bo mi nie pozwoliłaś, żyję i nie jestem robotem.- Odpowiedziała hurtem i uspokoiła Anieze.
     Do pomieszczenia wszedł z wielkim hukiem czarnowłosy, przystojny ślizgon. Nie umknęło to uwadze Anieze, ponieważ ten chłopak, który szedł w olśniewającym blasku księżyca dobiegającym z okna, wielbił tylko ją. Theodor Nott. Ten niezwykły ślizgon nie cierpiący drobnej Amy, pokochał jej najlepszą przyjaciółkę- gryfonkę. Jego czystość krwi nie interesowała. Kochał ją i nic tego nie potrafiło zmienić.
     Czarnowłosy szedł dostojnie w kierunku swego przyjaciela- Draco Malfoya. Oczywiście on też od razu zauważył swoją dziewczynę. Uśmiechnął się do niej uroczo lecz na chwile i usiadł obok blondyna.
-Co tak długo.- Syknął ostro Malfoy.
-Bo nie szybciej.- Odpowiedział żartobliwie czarnooki.
-Dobrze, dobrze, dobrze… To co nowego w Hogwarcie? Tak w ogóle to jak tam Quidditch? Chyba radzicie sobie be zemnie.
-Bez ciebie tak. Bez niej też, ale bez was obojga nie.- Odpowiedział wiedząc, że Draco zaraz wybuchnie.
-COOOOOOOOOOOOOOOO!!!- Głos Malfoya wstrząsnął całą salą, ale po sekundzie się uciszył ponieważ dostał poduszką w twarz.
-Zamknij się blondas.- Amy syknęła ze złośliwym uśmieszkiem i zaczęła dalej rozmawiać z Anieze.
-
     Anieze wyszła równocześnie z Theodorem, pod jego ramieniem. Ślizgoni nie mógł odwrócić wzroku od pięknych oczu dziewczyny. Ona pod jego ramieniem czuła się taka bezpieczna. Szli cicho przez ciemny korytarz, jednak tą ciszę musiał przełamać ślizgon. Zaczął szeptać jej do ucha.
-Theodor.- Powiedziała i odepchnęła chłopaka na ścianę. Ona złapał ją w talii i przewiesił sobie przez ramię.
-Nie wiem czy pamiętasz, ale spadł już śnieg.- Odpowiedział z szyderczym uśmiechem na twarzy.
-Puść mnie! To był rozkaz.- Anieze zaczęła uderzać pięściami w plecy swojego ukochanego.
-Okej.- Uśmiechnął się i wyszedł na mróz przez najbliższe okno. Rzucił blondynkę w zaspę śniegu, a ona pociągnęła go za rękę i upadł obok niej.
     Draco i Amy siedzieli w ciemnym pokoju. Wpatrywali się w siebie ze wściekłością. Ich jadowite oczy błyszczały, niczym dwie pary jasnych płomyków. Nie chcieli spuścić z siebie wzroku. Tego gniewnego i pełnego nienawiści wzroku.
-Przestań się na mnie patrzeć.- Syknął blondyn.
-Nie przestanę do póki ty nie przestaniesz.- Odpowiedziała złowrogo.
-To idź spać!
-Nie pójdę. Nigdy nie wiadomo co ci strzeli do głowy. Ty idź pierwszy.
-Hahaha. Chciała byś. Pewnie gdy zasnę obetniesz mi włosy czy coś.- Nagle jednocześnie ucichli. Nawet nie poczuli zmęczenia. W ich głowach roiły się kłęby najczarniejsze myśli.
    Tuż po śniadaniu panna Weasley przyszła odwiedzić Amy. Zastała ją wpatrującą się w Draco. Ona tak samo nie spuszczał z niej wzroku. Do o koła na podłodze leżały poduszki. Ginny szybko ominęła poduszki. Wzięła dwie i podała je Amy. Rudowłosa szybko się zorientowała, że w nocy musiała wybuchnąć bitwa na poduszki. Oczywiście to nie była taka zwykła bitwa po przyjacielsku. Parę poduszek było rozszarpanych. We włosach blondynki było pełno piór z poduszek i miała niewiarygodnie roztrzepane włosy. Malfoy był niewiarygodnie wściekły. Jego włosy też wyglądały jak szopa z piórami, ale w znacznie mniejszym stopniu.
     -Hej Amy. Jak się czujesz?- Spytała rozpromieniona Ginny.
-Każdego dnia czuje się lepiej. Mam ochotę wyskoczyć z łóżka i zanurzyć się w śniegu.- Odpowiedziała tak samo radosna Fas.
-Za chwilę musze iść na lekcje, ale przyniosłam ci coś.- Panna Weasley sięgnęła do torebki i po kolei zaczęła wyjmować listy oraz jakieś paczki.- Mam dla ciebie notatki z lekcji na, których cię nie było. Są też zapisane prace domowe. Heormiona mnie prosiła, żebym ci przekazała, ona przyjdzie później z Harrym i Ronem. Jest też list od Freda i Georga.- Amy sięgnęła po kopertę na, której było nabazgrolone „W & W”. Dziewczyna od razu się zorientowała, że to od bliźniaków.- Lepiej go nie otwieraj, a przynajmniej bez nich.- Dodała ruda, a blondynka odłożyła kopertę.- Oprócz tego przyniosłam ci parę smakołyków ze śniadania.- Dziewczyna zaczęła wymieniać i po kolei wskazywać na poszczególne paczki.
     Kiedy Ginny wyszła blondynka położyła się spać. Była padnięta po całej nocy bójki na odległość z Malfoyem. Już ją nie interesowało czy coś jej zrobi czy nie. Wolała iść spać niż wpatrywać się w swojego wroga.
     Ciekawe, że po jednaj bójce oboje wpadli w śpiączkę. Choć właściwie nie. Najpierw Draco zorganizował męczący trening, który nie był trudny dla Amy. Później bili się jakieś sześć i pół godzin. Wszyscy się dziwili, że aż tak długo mogą się bić. Jednak wzajemna nienawiść tylko ich nakręcała. Tej dwójki nie można zostawić samej na pięć minut. Właściwie to na pięć sekund.
     Ron, Harry i Hermiona odwiedzili pannę Fas. Zastali ją śpiącą i z jakimiś rysunkami na twarzy. Gdy Ron próbował ją obudzić, dostał od niej z pięści w twarz. Nie dość, że pawie mu złamała szczękę to jeszcze zaczęła na niego krzyczeć. Hermiona jednym machnięciem różdżki zmyła z twarzy dziewczyny bazgroły, które okazały się „arcydziełem” Pansy Parkinson.
     Amy dowiedziała się od Harrego, o swoim byłym wstrząsie mózgu, złamanej nodze, która jest już prawie w pełni zdrowa i rozszarpanym ramieniu. Gdy Harry chciał dokładniej opowiedzieć o jej wypadku, Hermiona mu przerwała i zaczęła wypytywać o to czy Ginny doniosła jej wszystko. Pytała jak wytrzymała z Draco i co drugie słowo pytała się czy aby na pewno dobrze się czuje. Granger zawalała ją stertą pytań, a gdy chłopcy próbowali jej przerwać od razu lądowali na podłodze.
     Wieczorem Fred i George w końcu przyszli odwiedzić Amy. Gdy dziewczyna zobaczyła jak bliźniaki wbiegają wyskoczyła z pod pościeli i usiadła na brzegu łóżka. George szybko do niej podbiegł złapał ją w pasie i usadowił ją na swym ramieniu.
-Panie Weasley! Panie Weasley!- Pani Pomfrey szybo przybiegła gdy tylko usłyszała ich krzyki.- Proszę ją postawić. Powinna jeszcze odpoczywać.- Kobieta zaczęła się denerwować i biegać wokół nich.
-Dobrze pani P.- Powiedział wciąż rozbawiony rudzielec i odstawił dziewczynę przy łóżku. Amy o mało się nie przewrócił, ale Fred prędko ją złapał i ułożył na łóżku.
     -Teodor… Ach przyjacielu… Ona mnie tak denerwuje, że nie wiem czy wytrzymam z nią… Eee… Właściwie ile mam tu jeszcze siedzieć?- Draco spytał patrząc na swojego przyjaciela.
-Trzy dni.- Odpowiedział mu wyglądając przez okno.
-Trzy dni? Trzy dni! Mam tu siedzieć trzy dni z tą maszkarą naprzeciwko.- Oznajmił gniewnie patrząc na śmiejącą się Fas, która rozmawiała z Weasleyamy.
-Yhy…- Wymruczał czarnowłosy.
-Czy ty mnie w ogóle słuchasz?
-Mhm…- Znów wymruczał nie spuszczając wzroku z okna.
-THEODORE!!!
-Co?- Chłopak nagle się otrząsnął i znów myślami był w środku, a nie gdzieś na dziedzińcu.
-Nic. Absolutnie nic.- Powiedział trochę oburzony blondyn.
-To po co się na mnie drzesz? Dobra ja już musze iść.- Ślizgon wyszedł w dość szybkim tempie zatrzaskując za sobą drzwi.
     Malfoy został sam i wpatrywał się z nienawiścią w gryfonów i tą niedoszłą ślizgonkę. Postanowił sprawdzić co tak interesowało jego przyjaciela i wyjrzał przez okno. Zamiast opadających płatków śniegu i gór białego puchu, zobaczył topniejące zaspy i gwiazdy błyskające zza szarych nocnych chmur. Jednak gwiazdy nie były swym blaskiem w koło jak co noc. Swe złociste i delikatne promienie kierowały ku parze całującej się na samym środku dziedzińca. Inni uczniowie przechodzili obok nich obojętnie. Ten widok był dla nich codziennością. Od drugiej klasy zawsze tą dwójkę widywali codziennie. Anieze i Theodor także nie zwracali uwagi na resztę. Widzieli tylko siebie w tym tłumie.
     Ślizgon wtedy odwrócił wzrok. Znów spojrzał na Amy. Tym razem w jego spojrzeniu nie było ani trochę nienawiści. Co to było za spojrzenie? Co w nim było? Współczucie? Akceptacja? Może nawet i sympatia? Lub ZAZDROŚĆ?!

Wiecznie oczekiwany rozdział. Bardzo was przepraszam mam nadzieje, że mnie jeszcze nie opuściliście :D Ten rozdział jest z dedykacją- Dla Anieze Bonazzi i dla "Anonima", który tak niecierpliwie prosił o następny rozdział :D ;)

2 komentarze:

  1. Jejku dziękuję, że wstawiłaś w moje urodziny :-D

    OdpowiedzUsuń