niedziela, 5 maja 2013

Jedenasty rozdział i URODZINKI ANIEZE!!!


Wreszcie wolna!!!

     Po tych trzech dniach awantur, bójek i agresji, w końcu wypuścili pannę Fas i pana Malfoya. Wszyscy dobrze pamiętają te dni. Jak to w nocy było słychać ich krzyki w całym Hogwarcie. Jak Umbridge przyszła ich uspokoić, gdy się siłowali na środku korytarza, tuż przed Skrzydłem Szpitalnym. Nie było przerw między kłótniami, a bijatyką. Czasem było słychać jak jedno przyznaje drugiemu racje, ale chwile później była wywoływana bójka , którą próbował powstrzymać Snape.
     Nie ma to jak kręcenie się bezmyślnie po schodach. Co chwila zmieniały kierunek, zamykając Lunę i Amy w klatce.
-No proszę cię. Zaraz spóźnimy się na lekcje, a teraz mamy obrone przed czarną magią.- Wydyszała wściekła ślizgonka.
-Jak się spóźnimy to mamy przechlapane. Umbridge jest bezlitosna. Niby taka miła, różowa nauczycielka, ale jak cię dorwie to koniec. Nie wiesz co zrobiła Harremu.- Odpowiedziała przestraszona Luna biegnąc w te i we wte, próbując odnaleźć wyjście z tej pułapki.
-Co mu niby zrobiła?- Spytała.- To mój przyjaciel. Nie pozwolę tknąć moich przyjaciół nikomu! Jak ją tylko dorwę…- Blondynka tak się zdenerwowała, że złapała przyjaciółkę za rękę i przeskoczyła przez barierkę schodów. Wylądowały bezpiecznie na podłodze, mimo to panna Lovegood była wystraszona.
-Co to miało być?!- Krzyknęła gdy się zorientowała, że jeszcze żyją.
-Pod wpływem złości jestem zdolna do wszystkiego.
     Wszyscy siedzieli już w sali. Krzyki rozmów, które opętały klasie były całkiem odmienne od krzyków kłótni w skrzydle szpitalnym. Amy bardzo ucieszył fakt, że już nie musi codziennie oglądać Dracona, tak samo ucieszył się ślizgon i pani Pomfrey. Do pomieszczenia weszła ubrana cała na różowo profesor Umbridge. Zaczęła mówić jednak Amy jej nie słuchała. Usiadła wygodnie z pergaminem na twarzy i w około słyszała tylko jakieś brzęczenie. O mało nie spadła z krzesła gdy Harry i „różowa landryna” zaczęli się sprzeczać o to, że Voldemort naprawdę powrócił.
-Profesor Umbridge… Skąd pani niby wie, że Voldemort nie powrócił.- Zaczęła mówić spokojnie Amy i weszła na ławkę,- Czy widziała pani Voldka? Nie? To skąd pani wie, że on nie wrócił. Harry go widział i ja mu wierze. To, że pani uwarza inaczej nie znaczy, że tak jest!- Krzyknęła. Klasa siedziała cicho zdziwiona przestawieniem, które odstawiała blondynka.
-Panno Fas myli się pani. Jeszcze jedno słowo… i… i…- Powiedziała lecz nie dokończyła ponieważ Amy jej przerwała.
-Vlodemort powrócił! Ja wierze Harremu! Tak! Ktoś się pani sprzeciwił! I co pani na to!.- Dziewczyna zaczęła krzyczeć jednak Ron podniósł ją i próbował uspokoić.- Sprzeciwiłam się pani! I co ty na to! On powrócił! Powrócił rozumiesz!
-DOSYĆ!!!-  Krzyknęła profesor Umbridge, a Amy się uciszyła i uśmiechnęła złośliwie.- Po zajęciach masz przyjść do mojego gabinetu.- Oznajmiła, a twarz miała tak różową jak jej strój.
-Proszę się wyczilować. Jest pani czerwona jak pomidor.- Odpowiedziała ślizgonka i położyła nogi na ławce. Umbridge podeszła do niej, zepchnęła jej nogi na ziemie, spojrzała wściekle i powtórzyła:
-Po lekcjach w moim gabinecie.
     Wraz ze stopniałym śniegiem wróciło słońce, a w jego promieniach ogrzewała się Anieze. Siedział na trawie i łapała blask, który padał na dziedziniec. Gdy zauważyła Freda i Georga za wielkim łukowatym oknem korytarza, zerwała się na równe nogi i do nich pobiegła.
-Hej!- Krzyknęła w ich stronę.- Weźcie, Amy zaczęła się wykłócać z Umbridge na lekcji.
-I co? Harry na prawie każdej lekcji się z nią wykłóca.- Odpowiedział jej Fred.
-Tak, ale Amy nie dość, że się z nią kłóciła i to na temat Sami- Wiecie- Kogo. Najpierw prawie usypiała z zeszytem na twarzy. Później zaczęła się spokojnie wykłócać, aż w końcu wskoczyła na ławkę i zaczęła się wydzierać na całą klasę. Ron musiał ją ściągać i uspokajać. Dostał po mordzie, ale ją uspokoił. Amy w końcu olała sytuacje i rozłożyła nogi na ławce, po czym Umbridge kazała jej przyjść po lekcjach do jej gabinetu.- Dziewczyna opowiedziała chłopakom całą historie, a oni wybuchli nie opanowanym śmiechem.- Wszyscy podejrzewają, że zrobi jej to co Harremu. No wiecie ten napis na ręce.
-Ej Fred mieliśmy jej przekazać, że ma przyjść do Dumbledora.- Oznajmił George.
-Lecimy Eze.- Krzyknął Fred i obaj pobiegli szukać Amy.
-Eze?- Powtórzyła blondynka.
     Tuż przed wejściem do Wielkiej Sali Draco i Amy zaczęli swoją specyficzną kłótnię. Jak zwykle chłopakowi towarzyszył Zabini i Theodor.
-Ej Fas…- Zaczął wścibsko Malfoy.-… Nie dziwie się, że nie chcieli cie w niebie, ale nie musieli cię wyrzucać. Chyba nieszczęśliwie walnęłaś twarzą o beton.
-Też się nie dziwie, że mnie tam nie chcieli. W końcu wyrzucili mnie, aż do piekła Malfoy.- Syknęła pewnie blondyna.
-A no tak. Pamiętam jak się męczyłaś, żeby stamtąd wyjść. Mogłaś tam zostać i nie straszyć nas tymi szkaradnymi włosami.
-Z tego co pamiętam to na nie zwróciłeś uwagę w księgarni. Jak mnie wtedy określiłeś…- Nagle wszyscy zwrócili głowy w ich stronę.- Blond di…- Nagle przerwali jej bliźniacy.
-Amy Dumbledor kazał ci przyjść do niego.- Powiedzieli równocześnie i chcieli zabrać dziewczynę, ale Draco złapał ją za ramie i zaciągnął blondynkę w głąb korytarza, jak najdalej od Weasley’ ów.
     -Amy nie powinnaś zadawać się z gryfonami.
-Ał… Draco… Aaa… nie szarp mnie tak.- Amy zaczęła krzyczeć lecz nie szarpała się i posłusznie szła za ślizgonem.- W ogóle co ci do tego z kim się zadaje. Nie jesteś moją matką! Choć macie coś wspólnego.
-Co to miało znaczyć?- Spytał Malfoy ciągle szarpiąc dziewczynę.
-No oboje mnie nie cierpicie i nie chcecie mieć ze mną nic wspólnego.
-Nonsens.- Odpowiedział.
-Czyli, że mnie lubisz?- Spytała wścibsko Amy.
-Chyba śnisz! Mówię o twojej matce.
-Chyba ty śnisz, bo moja matka mnie oddała babci.- Teraz chłopak już wręcz ciągnął po ziemi.- Puścisz mnie już?!- Chłopak ją szarpnął do siebie, spojrzał gniewnie i pchnął na ziemie, po czym szybkim tempem odszedł.
     Jego spojrzenie znów utkwiło dziewczynie w pamięci. Nie rozumiała jego zachowania. Jednej nosy patrzył na nią i bliźniaków z utęsknieniem, później zaczyna ją szarpać i odciągać od nich jak najdalej, a teraz znów patrzy jej prosto w oczy. Tym razem ze wściekłością. Amy wolała nie szukać odpowiedzi na pytanie, które prawdopodobnie jej nie ma. Czyli, co siedzi w głowie tego chłopaka i o co mu znowu chodzi? Wolała zadać sobie pytanie, gdzie ma teraz iść? Do różowej landryny, czy do dyrektora? W końcu Dumblegor nie będzie zły jak teraz do niego nie przyjdzie, a Umbridge szlak trafi po tej dzisiejszej lekcji.
-Już wiem!- Krzyknęła, a echo rozniosło się po pustym korytarzu.- Idę do Dumbledora.
     W gabinecie, do którego Amy dostała się dzięki pomocy profesor McGonagal, dyrektor trzymał klatkę z Faweksem.
-Dziękuje Amy, że przyszłaś do mnie tak szybko.- Białowłosy uśmiechną się do dziewczyny i podszedł do niej ptakiem.-Chciałbym żebyś zaopiekowała się Faweksem.
-Jasne nie ma sprawy!- Odpowiedział entuzjastycznie i chwyciła klatkę.- A on mnie może poparzyć?
-Nie, nie. Nie bój się wszystkiego sama się dowiesz. A teraz wracaj do przyjaciół.
     Dziewczyna szybko wybiegła z uśmiechem na twarzy. Pobiegła odstawić ptaka do swojego pokoju. Przebiegła z powrotem przez salon ślizgonów jak burza, po drodze przewróciła Matta, z hukiem przeskoczyła kanapę i zniknęła za drzwiami.
-A jej co znowu?- Spytał czarnowłosy wstając z ziemi.
-Pewnie leci do gryfonów.- Odpowiedzieli chórem wszyscy obrcni.

Może to nie jest mój najlepszy rozdział, ale jest. Normalnie zaczęła bym dalej ćwiczyć rysowanie, ale z okazji urodzin Anieze postanowiłam dokończyć go na szybko i wstawić jeszcze dziś. Więc WSZYSTKIEGO NAJ NASZA GRYFONKO!!!

2 komentarze:

  1. kiedy następny?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Następny rozdział będzie w odpowiednim czasie. Nie za wcześnie, nie za późno lecz w sam raz.

      Usuń